Shift
Dawno temu na Vitalii pisałam o moim „magicznym notesie”. Tak naprawdę to był zwykły, miniaturowy kalendarz z lidla, który kupiłam w pierwszym roku mieszkania w Irlandii, bo potrzebowałam czegoś taniego. Kiedyś zapisałam w nim kilka planów, które na tamten moment wydawały mi się monumentalne i raczej nieosiągalne. Znalazłam go kilka lat później, sprzątając biurko przed przeprowadzką, i z zaskoczeniem odkryłam, że wszystkie się spełniły. Rozbawiło mnie to i ucieszyło jednocześnie, więc na innej magicznej stronie zapisałam kilka następnych wielkich planów, a notes schowałam, nie pamiętam gdzie, więc pełny rytuał powtórzony.
Drugim podobnym doświadczeniem jest dla mnie spisywanie planów na dany rok - pisałam już kiedyś, że postanowień nie praktykuje, bo zmiany wdrażam na bieżąco, jestem „doer’erką”, chociaż też myślicielką ;) Ale wracając do tematu, już trzeci rok z rzędu obserwuję, że udaje mi się realizować wiele z tych poczatkoworocznych planów, chociaż do samych list w ciągu roku nie wracam, ani nie tworzę konkretnych planów ich realizacji. Zupełnie, jakby to jednorazowe ćwiczenie pomagało mi długoterminowo koncentrować energię na tym, co dla mnie ważne. Czasami nieśmiało próbuje zerknąć za zasłonę i zastanawiam się, czy ktoś jeszcze mi w tym pomaga? Bo na niektóre rzeczy nie mam wpływu. Na przykład na przełom, który dokonuje się w moim mężu. Mężu, który więcej jest w domu, i który (co ważniejsze) chce wiecej być w domu. I nie, nadal jesteśmy daleko od standardów rodzin, gdzie oboje rodziców pracuje na etacie. Ale widzę jego wysiłki i mam nadzieję na lepsze. Co do tego, że kocha, nie miałam żadnych wątpliwości, ale ostatnio nasza więź wchodzi na wyższe poziomy.
Inny przykład? Pamiętam, jak szukając pierwszej pracy w Irlandii, jechałam z mężem i malutką córeczką do centrum handlowego, składać cv w sklepach. Z żadnego nawet się nie odezwali. Jadąc tramwajem zobaczyłam biuro pewnej firmy, i pomyślałam „wow, ciekawe, jacy ludzie tam pracują”. Ale zaraz poczułam wstyd, że w ogóle o tym myślę, bo przecież to zdecydowanie powyżej moich zdolności, kompetencji, wszystkiego po prostu. Kilka dni później dostałam telefon z bardzo podrzędnej korpo, za bardzo złe pieniądze, ale przyjęłam, bo nie mogłam sobie pozwolić na wybrzydzanie. Dokładnie 3 i pół roku (w tym jedną ciążę i macierzyński) później, zaczęłam pracę w tej firmie, na którą kiedyś odważyłam się nieśmiało zerknąć. Ale żeby nie było, ze wszystko to magia - w tej podrzędnej korpo jakimś cudem udało mi się zbudować zestaw kompetencji, który to umożliwił, razem z zestawem cech, które w sobie wypracowałam.
A żeby nie było tak górnolotnie, raportuje że od wczoraj opiekuje się szczeniakiem kolegi, i chociaż jak słodki jak cukierek, już wiem, że na własnego szczeniaka nie mam teraz miejsca w życiu 🤪
Komentarze
Prześlij komentarz